WYGRAŁ W POZNANIU, CHOĆ O MAŁY WŁOS SPÓŹNIŁBY SIĘ NA START

18.05.2018

Wygrał w Poznaniu, choć o mały włos spóźniłby się na start

Darek Nożyński wcale nie musiał wygrywać Wings for Life World Run w Poznaniu. Z powodu bólu kolana, nie wykluczał przerwania walki w dowolnym momencie. Nie nastawiał się na żaden konkretny wynik. Co więcej, utknął w korku i istniało pewne ryzyko, że nie zjawi się na starcie na czas. Jednak ani przez chwilę nie wątpił w to, że trzeba dążyć do celu i kiedy najgroźniejsi rywale kolejno dawali za wygraną, on po prostu starał się robić swoje – najlepiej jak się da, na tyle, na ile był przygotowany.

W Poznaniu o mały włos spóźniłbyś się na start. Był dodatkowy stres?

Stres był przez kilkanaście minut, bo potem taksówka zaczęła żywiej jechać i wiedziałem już, że będzie lepiej niż gorzej. Ale rzeczywiście, w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, jak będzie wyglądał początek tego wyścigu. (śmiech) Zdawałem sobie sprawę, że to jest długi bieg, że nie od razu wszyscy ruszą pełną parą. Tłumaczyłem sobie, że zdążę nadrobić.

Myślałeś, że będziesz gonił, a wygrałeś. I choć byłeś szczęśliwy ze zwycięstwa w Poznaniu, mówiłeś, że tego konkretnego dnia udało się, bo nie było Tomka Walerowicza. Aż tak zapadł ci w pamięć, zrobił na Tobie takie silne wrażenie w 2017, gdy byłeś drugi, że w tym roku obawiałbyś się go jako rywala w bezpośredniej walce?

Nie chodzi konkretnie o Tomka. Inne osoby, które biegły w tamtej edycji, też mogłyby trochę namieszać. Dopiero na starcie zrobiłem ogląd sytuacji. Zobaczyłem Marcina Kęsego i Wojtka Kopcia, a to są dobrzy, rozpoznawalni zawodnicy. Oczywiście duże znaczenia ma dyspozycja dnia, przygotowanie itd. Rok temu wygrał Tomek, ja w ogóle nie zamierzałem z nim rywalizować. Ale gdyby On był tak przygotowany jak rok temu, a ja tak jak byłem, to rzeczywiście byłby realnym zagrożeniem.

Na początku biegłeś w grupie, ale potem na placu boju, oprócz ciebie, został jeszcze Wojtek Kopeć. Wiesz, co się stało, że on opadł z sił?

To jest ultra, po prostu skończyło mu się paliwo. Do 28. km żywo dyktował tempo, natomiast dalej, kiedy przejąłem prowadzenie, czułem coraz cięższy oddech na plecach. Na tym etapie wyścigu to mogło oznaczać tylko jedno, że za chwilę będę biegł sam. W Ultra wydolnościowo powinno się biec cały czas w miarę luźno. Biegnie się na względnym komforcie w płucach, natomiast zmęczenie mięśniowe narasta. Dlatego skłaniałbym się ku temu, że raczej nie był przygotowany do takiego dystansu. Zaczęło to do mnie docierać koło 30. km.

Cały czas byłeś skoncentrowany i mogłeś na trzeźwo oceniać sytuację. Napisałeś na swoim Facebooku, że biegłeś z większym dystansem niż rok wcześniej. Dlatego, że dotrenowałeś, czy dlatego, że nabrałeś doświadczenia?

Dotrenowany to nie byłem. Jak zacząłem analizować, wyszło mi, że w kwietniu zrobiłem 340 km, co jak na ultra jest śmiesznym wynikiem. Niepotrzebnie też robiłem taką analizę przed biegiem, bo od razu psychicznie zweryfikowało to moje oczekiwania. Co do spokoju to umówmy się, że byłem bardziej skoncentrowany na tym, żeby moja, nie powiem kontuzja, ale niedogodność z kolanem nie pogłębiała się w miarę pokonywania dystansu. Potem moje obawy okazały się trochę nieuzasadnione, bo ten ból doszedł do stałego poziomu i się raczej nie pogarszało. Nie mogłem jednak tego przewidzieć przed biegiem. A co do chłodnej głowy, wiedziałem, że niezależnie od tego, jacy przeciwnicy będą, dopiero od 30. km będzie można analizować rywali. Pierwsze 5-10 km, to zawsze jest zabawa, wtedy jest wielu kandydatów do wygranej. Potem powoli wyciszają się rozmowy. Od 20. km zostają mocniejsi przeciwnicy, a na 30. w zasadzie Ci, co będą się dalej liczyli. Podobnie jest z maratonem. Przed biegiem jednak moim głównym celem nie było dobre miejsce a przyzwoity dystans.

Poprzednia edycja, w 2017, to było tak naprawdę twoje pierwsze ultra. Ale z twoich wypowiedzi wynika, że twoja wiedza na ten temat jest duża.

Jeśli chodzi o sam dystans, był on mniejszy, natomiast czynników jest tyle, że trudno ocenić, który i w jakim stopniu przekłada się na końcowy rezultat. Na trzeźwo myśląc, to jest jeszcze dużo do zrobienia - mówię o swoim treningu. Ale te wszystkie rzeczy, które powinienem zrobić lepiej mam już przemyślane i wstępnie zaplanowane. Suma summarum, wszystko sprowadza się do większej ilości czasu poświęconego na trening. Bez tego nie da się dobrze pobiec ultra. To nie jest kwestia jakiegoś sprytnego planu, tylko trzeba wybiegać swoje kilometry. Tak naprawdę to jest prostsze niż by się mogło wydawać.

Czy to kolano to było realne zagrożenie, czy ono mogło odmówić posłuszeństwa?

Dwa tygodnie przed Wings for Life World Run, jeszcze przed Orlen Warsaw Marathon, po każdym treningu kolano pobolewało i dawało o sobie znać. Po maratonie miałem dwa dni, gdzie rano prawie nie mogłem chodzić. Potem nie robiłem już długich wybiegań, więc nie było czasu tego kolana przetestować. Do biegu podszedłem z myślą, że będzie bolało coraz bardziej w miarę upływu dystansu. Niestety to było podświadome szukanie problemu, które przerodziło się w kombinowanie na trasie i zmienianie techniki biegu, żeby odciążyć tę nogę. To spowodowało, że samo kolano przestało być problemem, ale za to lewa łydka dostała tak, że zaczęły się skurcze. A to już bezpośrednio wpłynęło na wynik. Patrząc z perspektywy czasu i tak z moim przygotowaniem wiele więcej bym nie pobiegł. Bez tych problemów ta różnica nie byłaby jakaś wielka. Większą niedogodnością był tutaj samotny bieg. Walcząc z kimś, z pewnością włożyłbym w ten bieg więcej wysiłku nawet z tym nieszczęsnym kolanem. To by przełożyło się na lepszy wynik.

Powiedzmy początkującym biegaczom, że jak boli kolano, raczej powinno się pójść do lekarza, a nie testować ból podczas długiego wybiegania. Może uspokój też wszystkich, że wiesz już, w czym leży problem i że będzie dobrze.

No tak. Ból bólowi nie jest równy. Znam swój organizm bardzo dobrze. Nie biegam od dwóch, czy trzech lat. Potrafię ocenić, kiedy należy odpuścić, a kiedy mogę kontynuować bieganie wiedząc, że nie będzie gorzej. Jeśli chodzi o ten bieg, byłem oczywiście gotowy na to, że najwyżej dobiegnę dajmy na to do 30. km i zrezygnuję. Dla amatora zdrowie powinno być najważniejsze. Miałem świadomość, że na trasie są autobusy, wiedziałem jak to wygląda i biegłem bez żadnego obciążenia psychicznego. To nie jest ten przypadek, gdzie biegnę za wszelką cenę. A co do początkujących, to oczywiście zalecałbym nie lekceważyć sygnałów w postaci bólu. Jeśli takowy się pojawia to bezpieczniej jest odpuścić. Choć w wielu przypadkach nie ma prostych odpowiedzi, bo przecież poziomy bólu też są różne. Tak naprawdę liczy się wyczucie i wiedza poparta doświadczeniem. Dodatkowo niezwykle istotna jest znajomości swojego organizmu. Trudno zatem to wszystko sprowadzić do prostych rad dla początkujących. Raczej każdy przypadek jest indywidualny.

Już po powrocie na teren MTP, był taki fajny moment, w którym jako zwycięzca piątej edycji, odebrałeś gratulacje od pierwszego zwycięzcy Wings for Life World Run w Poznaniu, Grześka Urbańczyka oraz od Tomka Walerowicza. Miałeś okazję z nimi porozmawiać po biegu?

Nie miałem. Grześka nie znam. Tak naprawdę pierwszy raz w życiu go widziałem. Natomiast z Tomkiem zdążyłem zamienić dwa zdania, wymienić kilka słów uprzejmości i tyle.

Kiedy zdecydowałeś się, żeby pierwszy raz wystartować w Wings for Life World Run, pisałeś na swoim blogu, że robisz to, bo ten bieg budzi w tobie emocje. Dziś na pewno większe, ale też pewnie troszkę inne. Jakie to emocje?

Ze względu na oprawę, ten bieg jest niepowtarzalny – nie trzeba co do tego przekonywać. To nie jest zwykły start, w którym do mety walczymy o czas, na chłodno mierzymy międzyczasy itd. Jest trochę niepewności, bo zasady biegu są inne. Wydaje nam się w pewnym momencie, że Adam Małysz zbliża się bardzo szybko. Ja miałem na bieżąco informacje jaka dzieli go ode mnie odległość. Ale jak się kalkuluje ten czas, okazuje się, że to wcale nie jest tak szybko. Z drugiej strony, te osoby, które walczą o wynik, to jest jakiś promil. Reszta biegnie głównie dla idei, atmosfery. Zauważ, że pakiety rozeszły się jeszcze przed biegiem. To się rzadko zdarza, żeby bieg tego typu miał taki rozmach. Potencjał marketingowy jest tutaj ogromny a wszystko w słusznym celu. Wiadomo, że gdzieś pojawia się kwestia pieniędzy, ale idea biegu broni się sama. Ja dodatkowo patrzę na to z innego punktu widzenia. Nie jeżdżę często na biegi, po różnych miastach, nie mam dużego obeznania. Zeszłoroczny wyjazd był moim pierwszym, a ten drugim – jeśli mowa o celowych wyjazdach na dłuższe biegi. Być może to też potęguje odczuwanie tej atmosfery. Nie jest tak jak w Warszawie, kiedy wstaję rano, pije kawę i wyjeżdżam prosto na bieg. To są 2-3 dni spędzone poza domem, gdzie ta atmosfera biegu towarzyszy mi cały czas. Trudno ująć w słowach te odczucia. Tylko ktoś, kto w tym bezpośrednio uczestniczy jest w stanie to do końca zrozumieć. Nie bez wpływu jest też zainteresowanie medialne tym wydarzeniem. Jeśli dołożymy do tego sukces w biegu, to tym bardziej wspomnienia są miłe. Tak jest ze mną. W zeszłym roku pobiegłem badawczo i byłem drugi. To był dla mnie sukces. Początkowo spodziewałem się, że nie złapię się w pierwszą dziesiątkę. W tym roku wygrałem. Tym bardziej się cieszę i mam już tylko te najlepsze wspomnienia związane z Poznaniem.

Kiedy rozmawialiśmy zaraz po biegu mówiłeś, że poznańscy kibice też ci zaimponowali. A sam dystans? Czy on ci pasuje? Czy chciałbyś pójść w dłuższe biegi niż maratony?

Tak daleko nie planowałem. Jednak wbrew pozorom dla mnie nie ma dużego wyboru, jeśli chodzi o biegi ultra. Dystanse powyżej maratonu to raczej biegi górskie. Nie ma klasycznego ultra po asfalcie, po równym… A ja siebie w biegach górskich jakoś nie widzę. Głównie ze względu na teren, w jakim trenuję. Z płaskich biegów jest Wings for Life World Run i może Mistrzostwa Polski na 100 km. Chyba nie mam tutaj zbyt wielu możliwości. Póki co biegam maratony, w których chciałbym dalej poprawiać swoją życiówkę. To jest bardziej wymierne. Co do startów w zawodach to są one i tak tylko efektem. Najbardziej interesują mnie ścieżki dojścia do konkretnego wyniku. Różne eksperymenty w moim treningu, w którym cały czas chciałbym coś zmieniać, no i weryfikować czy to się przekłada na lepsze rezultaty. Dlatego po każdym maratonie notuję wszelkie szczegóły dotyczące biegu np. jakie było samopoczucie na 30. km, kiedy zaczęło robić się ciężko, kiedy wyraźnie zwolniłem i jak mogę to poprawić w przyszłości. To mnie interesuje w tym wszystkim najbardziej. Biegnąc kilka maratonów z rzędu, można wyciągać bardzo ciekawe wnioski. To mnie pasjonuje. Ultra, to z kolei eksperyment, chęć zbadania możliwości organizmu w innych strefach wysiłku. Sprawdzenia się, ile przy stosunkowo niedużym kilometrażu, można z takiego treningu wyciągnąć. Wnioski pokazują, że bez dłuższego biegania, trudno liczyć na cud. W pewnym momencie organizm daje sygnał, że dystans i czas spędzony na trasie są zbyt duże w stosunku do tego, co się robiło na treningu.

***

Dodajmy, że Darek biega praktycznie od zawsze. Zaczęło się w szkole, a w biegi uliczne wkręcił się po studiach. Na koncie ma grubo ponad setkę startów, z czego bardzo niewiele poza Warszawą, gdzie mieszka i pracuje w branży IT. Prowadzi bloga szybkiebieganie.pl. Opisuje tam swoje dychy, połówki i maratony. 6 maja w Poznaniu, uciekając przez Samochodem Pościgowym, przebiegł 66 km.

Więcej?

Relacja z Wings for Life World Run 2018 - tutaj

Video z Poznania

Zobacz zdjęcia z Poznania

Video podsumowujące 5 lat Wings for Life World Run

Wings for Life World Run 2018 w liczbach

PARTNERZY LOKALNI
PoznańAorta