Zapisz się na bieg w 20203 maja

WYGRAŁA PO RAZ PIĄTY! Z DOMINIKĄ STELMACH POROZMAWIALIŚMY TUŻ PO POWROCIE Z RIO.

05/10/19

Wygrała po raz piąty! Z Dominiką Stelmach porozmawialiśmy tuż po powrocie z Rio.

Porozmawialiśmy z Dominiką Stelmach - globalną zwyciężczynią Wings for Life World Run z 2017 roku, która w ostatnią niedzielę lokalnie triumfowała już po raz piąty! Zaczęła od drugiej edycji, debiutowała w 2015 roku w Poznaniu i od tamtej pory nie może przestać wygrywać. Podbija kolejne kontynenty i kraje. W nagrodę może wybierać lokalizację Światowego Biegu, gdzie pojawi się za rok, więc korzysta z tego. Jeździ, biega i odnosi sukcesy, a my, polscy kibice, jesteśmy z niej bardzo dumni i zawsze gorąco jej kibicujemy.

Złapaliśmy Cię tuż po treningu. 3 dni po starcie w Wings for Life World Run, a ty już trenujesz? A gdzie regeneracja?

Wiem, że to brzmi głupio, ale ten bieg był treningowy. Tak naprawdę już wczoraj zrobiłam normalny trening, także tutaj nie ma czasu na regenerację. Są kolejne wyzwania. Moje ciało jest w bardzo dobrym stanie. Mogę sobie na to pozwolić, żeby dalej cisnąć.

Czy to kwestia przyspieszenia tempa poruszania się samochodów pościgowych – dystans był krótszy niż ten, do którego byłaś przygotowana fizycznie?

W tym roku przede wszystkim chciałam zrobić swoje i wygrać lokalnie – wiedząc, jakie warunki mnie czekają w Rio (dop. było ponad 30 stopni Celsjusza). Zakładałam, że przebiegnę jeszcze mniej kilometrów, więc nie podchodziłam do tego jakby dla mojego organizmu miałoby to być coś strasznego.

Chciałaś wygrać lokalnie, tymczasem do Globalnego Zwycięstwa zabrakło ci chyba 200 metrów.

Tak, dowiedziałam się o tym od męża w hotelu. To jest coś, co trzeba poprawić w tej imprezie – informowanie zawodników w trakcie biegu, że już weszli do fazy, gdzie walczą globalnie. Jak oglądałam to później, to dziewczyna, która wygrała też nie wyglądała, jakby miała świadomość, że jest w czołówce. Z punktu widzenia sportowego, jest to element, nad którym trzeba popracować. Będzie więcej emocji, bo zawodnicy będą walczyć do końca. Teraz nie widać tej walki.

A jak startowałaś w Poznaniu, albo w innych lokalizacjach na świecie, nie dostawałaś takiej informacji?

Dostałam taką informację rok temu w Pretorii. W Chile również nie wiedziałam. Zakładałam tylko, że jestem wysoko, a jak dobiegłam posprawdzali to i dopiero wtedy dostałam informację, że wygrałam globalnie. Jak startowałam w Poznaniu – to było już pięć edycji temu – to byłam dość daleko globalnie, więc nawet jakby była taka informacja, pewnie niewiele by mi dała. W innych lokalizacjach nigdy nie miałam takiej informacji.

Jesteś niesamowita, niezawodna – jedziesz na Wings for Life World Run i wygrywasz. Powiedz proszę, gdzie startujesz za rok, to już będę wiedział dokładnie, gdzie zwycięży Polka.

Myślałam nad Florydą, albo powtórką Australii - chyba, że dojdzie jakaś nowa lokalizacja. Na pewno nie chcę biegać w Europie, bo tutaj często startuję, a chciałabym wyjechać gdzieś dalej. Z kolei z lokalizacji, które pozostały, Taiwan do mnie nie przemawia, a resztę właściwie mam już zaliczoną.

W Rio nie zagroził ci upał, który tam był, więc może Floryda jest dobrą opcją. Ale bardziej w tym pytaniu chodziło mi o to, jak ty to robisz? Pięć lat na topie, bez kontuzji, bez kryzysów – jedziesz i zwyciężasz. Jak?

Tak zupełnie bez kryzysów, czy bez kontuzji, to aż tak pięknie nie jest. Wings for Life World Run biegam zawsze po jednym czy dwóch wiosennych maratonach. Jestem dobrze przygotowana, obiegana. Jest to tempo wolniejsze od maratońskiego, także nie mam z tym problemu. Na pewno jestem urodzoną ultraską (śmiech). Oczywiście teraz, przy tym szybszym samochodzie, nie można udowodnić swoich ultramaratońskich możliwości, ale jednak wszystko się rozgrywa powyżej dystansu maratonu.

To było widać choćby po polskim zwycięzcy, który jest średniodystansowcem i dopiero pierwszy raz przebiegł taką liczbę kilometrów jak 55 – zaczął bardzo szybko, a potem było mu ciężko. Tomek Osmulski mógł nawet stracić prowadzenie na ostatnich metrach na rzecz Witka Miszteli. A jak oceniasz bieg w Brazylii, jak porównasz go do poprzednich, w których brałaś udział? Czy było dużo ludzi, była gorąca atmosfera?

Powiem ci, że oceniam go najsłabiej ze wszystkich lokalizacji. Nie było czuć takiej wyjątkowej atmosfery, jak to ma miejsce w Poznaniu, czy w Pretorii i Chile, gdzie organizatorzy bardzo się starali, żeby bieg dla każdego był czymś wyjątkowym. W Rio tej atmosfery się nie czuło pomimo tego, że startowało 4000 osób. Element związany z wyjątkowością tego biegu nie zaistniał. Trasa w ogóle nie była oznaczona. Właściwie bieg był przygotowany do 14 km - trasa wiodła nad morzem, a potem wkraczała w miasto, gdzie naprawdę nie było wiadomo, gdzie biec. Wolę też, kiedy trasa jest, tak jak w Poznaniu, wytyczona z punktu A do B. Tak samo było w Chile i w Australii. Dla mnie jest to znacznie bardziej ciekawe niż krążenie po dziwnych pętlach. W Rio Światowy Bieg był rozgrywany dopiero po raz drugi. Zobaczymy, co będzie dalej. Pretoria, Chile i Poznań były do tej pory najbardziej przychylne dla biegaczy i najlepiej zorganizowane.

Dotarły do ciebie wieści o Darku, Wioletcie i Wojtku, którzy wygrali w swoich lokalizacjach?

Nie, dowiedziałam się o tym, następnego dnia. W Brazylii była trochę żenująca sytuacja, bo wszędzie, gdzie do tej pory kończyłam bieg, po zdjęciach z trofeum, byłam przewożona na linię startu przez organizatorów. Tutaj powiedzieli, że muszę czekać na autobus. Za trzy godziny miałam samolot, więc sama, bez pieniędzy, mokra, łapałam taksówkę w centrum Rio, żeby zdążyć do hotelu. Mąż oglądał relację, ale dopiero jak dolecieliśmy do Europy mogłam sobie posprawdzać, jak wyglądały wyniki pozostałych osób z Polski.

A czy dotarła do ciebie informacja, że w Zug w Szwajcarii startuj ktoś, kto był sparaliżowany?

Czytałam na ten temat. Uważam, że dla takich rzeczy warto biegać, bo to pokazuje, jaki jest sens tego biegu i że tak naprawdę chodzi o to, żeby osoby, które nie mogą, mogły zacząć biegać. Chodzi też o dawanie z siebie jak najwięcej – przekraczanie swoich granic. Tak naprawdę to jest najważniejsze, bo dla każdego te granice są inne. Czymś innym one będą dla osoby, która uległa jakiemuś wypadkowi, czy jest po chorobie, a czymś innym dla kogoś, kto profesjonalnie trenuje. Zawsze uważam, że w tym biegu najważniejszy jest cel i tego się trzymajmy. To zdecydowanie ważniejsze od rywalizacji sportowej, która oczywiście jest fajna, bo gdyby nie ona, nie byłoby aż tak dużego zainteresowania tym biegiem.

Dyrektor sportowy biegu w Poznaniu, Paweł Januszewski powiedział, że to, co udało nam się wytworzyć w Polsce to takie przeświadczenie, w tych, którzy wygrywają, a potem wyjeżdżają, że oni naprawdę mogą zwyciężać - pomimo tego, że jadą na bieg w innych lokalizacjach w roli faworytów i ciąży na nich ogromna presja. Potwierdzasz to?

Zdecydowanie tak. Wydaje mi się, że ten aspekt psychiczny jest bardzo ważny. Bez niego się nie wygrywa. Trzeba też pamiętać, że każdy bieg układa się inaczej i czasami możemy sobie coś zaplanować, a tymczasem w trakcie wyścigu dzieją się różne, nieprzewidywalne rzeczy - jak choćby pojawienie się kogoś, kto rozpoczyna bardzo szybki bieg i nie wiesz czy lepiej za nim biec, czy nie. Ale wiara w siebie jest bardzo ważna – zarówno w sporcie, jak i w życiu.

PARTNERZY LOKALNI
PKO BPCitroenPoznańAorta4FSuuntoPOWERBARCisowiankaOttobockBiegamBoLubięTVN24TRÓJKAOnetMoveTV